Serwis Polskiego Towarzystwa Genealogicznego

flag-pol flag-eng home login logout Forum Fotoalbum Geneszukacz Parafie Geneteka Metryki Deklaracja Legiony Straty
sobota, 26 września 2020

longpixel
longpixel

Nasi tu byli

arrow aniemirka
19:12:23 - 26.09.2020
arrow mkkmilek
19:12:22 - 26.09.2020
arrow Adam35200623
19:12:16 - 26.09.2020
arrow Rostkowski_Mariusz
19:12:03 - 26.09.2020
arrow Samuraj
19:11:27 - 26.09.2020
arrow krzysr
19:11:26 - 26.09.2020
arrow bozennam
19:11:24 - 26.09.2020
arrow Shakal70
19:11:03 - 26.09.2020
arrow Stanisław53
19:10:52 - 26.09.2020
arrow sebkn
19:10:49 - 26.09.2020
arrow majkuss
19:10:46 - 26.09.2020
arrow Arek_Bereza
19:10:09 - 26.09.2020
arrow Rafael
19:09:54 - 26.09.2020
arrow marylenka_12
19:09:46 - 26.09.2020
arrow Zareba81
19:09:36 - 26.09.2020
arrow Scalak
19:09:26 - 26.09.2020
arrow Raph_D
19:08:28 - 26.09.2020
arrow Rebell_Cieniewska_Grażyna
19:08:19 - 26.09.2020
arrow Krystyna500
19:07:45 - 26.09.2020
arrow Giemza_Karol
19:07:11 - 26.09.2020
arrow Halny
19:06:38 - 26.09.2020
arrow Irena_Powiśle
19:05:12 - 26.09.2020
arrow mariuszek69
19:05:11 - 26.09.2020
arrow mjasion
19:04:51 - 26.09.2020
arrow wisienka1955
19:04:36 - 26.09.2020
arrow adamrw
19:04:17 - 26.09.2020
arrow Krzymen
19:03:05 - 26.09.2020
arrow veruka
19:02:21 - 26.09.2020
arrow Laskowski_PJ
19:02:00 - 26.09.2020
arrow Marek_Kwiatkowski
19:01:18 - 26.09.2020
Członkowie i sympatycy

Co słonko widziało?
Dodano: środa, 23 marca 2016 - 20:21 Autor: JerzyGrzegorz
InnePomnisz jak w kucyją samą
pośród najtęższego chłodu,
stałam z dziecięciem pod bramą.
Panie! Wołałam ze łzami.
Zlituj się nad sierotami!
Adam Mickiewicz Dziady II cz.

Wracałem z zebrania ŚTG. W autobusie było wolnych kilka pojedynczych miejsc siedzących. Usiadłem obok jakiejś kobiety i zanurzyłem się w lekturze „Merkuriusza”. Od czytania gazetki oderwał mnie miły damski głos mojej sąsiadki - „Przepraszam! Widzę, że zajmuje się Pan genealogią. Mnie zawsze brakuje na nią czasu” Tu wywiązała się miedzy nami krótka dyskusja. Dowiedziałem się, że ma korzenie szlacheckie. „Swojego” herbu nie pamiętała. Zapamiętała natomiast krążący w jej rodzinie ustny przekaz, że ich przodek przegrał cały majątek w karty. W takich chwilach chce mi się wyć. Aż mnie wtedy korci powiedzieć takiemu genealogowi, że dotknął biedy. Powstrzymuję się jednak, bo może zabrzmieć to dwuznacznie - Dlaczego biedny? Bo głupi?

Dzisiaj jak przez mgłę pamiętam dawne, rodzinne spotkania. Dom pełen bliskich sobie ludzi. Ciepła, swojska atmosfera. Jednym z punktów tych familijnych wizyt, było wspominanie „starych, dobrych, warszawskich czasów”. Zebrani przy stole goście, często zaśmiewali się z zabawnych sytuacji, jakie przydarzyły się im, lub komuś z ich otoczenia. Zapamiętałem wówczas tylko nieliczne opowieści. Dzisiaj, większości z nich już nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że często po takich wspominkach, robiło się smutno. Zazwyczaj ktoś kończył rozmowę uwagą - „Po co do tego wracać. To już przeszłość!”

Dzisiaj staram sobie przypomnieć, co wtedy powodowało nagłą zmianę nastrojów. Co sprawiało, że wszyscy zgodnie dochodzili do tego samego wniosku –„Po co rozdrapywać stare rany?” Myślę, że oprócz tęsknoty za starą, przedwojenną Warszawą, drażniącym tematem mogła być trudna sytuacja materialna rodziny. Pośpiesznie spakowany przez moją babkę w sierpniu 1944 roku tobołek towarzyszący jej aż do Dachau, mógł być jej całym życiowym dorobkiem. W odróżnieniu od licznych kolegów, których majątki ich bliskich w taki czy inny sposób zostały utracone, majątku moich przodków nikt nie przepił, nie sprzeniewierzył, nie roztrwonił, ani nie przegrał w karty. Nie odebrała go po wojnie nowa władza. Jego po prostu nie było. Mogła być za to bida z nędzą.

W dzieciństwie nigdy nie zaznałem biedy. Nie wiedziałem co to jest głód. Co więcej. Będąc dzieckiem nie spotkałem osoby; głodnej, bezdomnej, bezrobotnej, chodzącej po domach po prośbie, lub żebrzącej na ulicy. Nie widziałem by ktoś grzebał w śmieciach, a przecież większość czasu spędzałem na powietrzu, przed domem. Poustawiane przy ulicy blaszane pojemniki na odpady, służyły tylko i wyłącznie do wyrzucania śmieci. Wybudowane nieco później przydomowe altany śmietnikowe, nie były nigdy mekką poszukiwaczy skarbów. Owszem, w młodości pamiętam starą Jagusię, kobietę parającą się zbieractwem śmietnikowych odpadów, lecz w jej przypadku wyjątek potwierdzał regułę. Łapana przez milicję i siłą doprowadzana do miejscowego schroniska prowadzonego przez Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, zawsze uciekała. Tyle ją widzieli, gdy gmerała po śmietnikach. Jedyną biedą chwytającą mnie w dzieciństwie za serce, była nędza wsi opisywana przez Marię Konopnicką. Tego czego ja nie dostrzegałem na ulicy, widziało słonko i przed snem przekazywało te obrazy ustami mojej matki. Robiło mi się wtedy żal. Tuliłem się do matczynej piersi i zasypiałem. Trochę inne bajki opowiadała mi moja babka. Te były przesycone gwarem warszawskiej ulicy. W gawędach babki wyczuwałem jej nostalgię za Warszawą. Że byłem w błędzie, dowiedziałem się nieco później. Babka oglądając fragment kilkugodzinnego pochodu 1 Majowego powiedziała ze smutkiem - „To nie moja Warsiawa”. Jaka miała być? Biedna, sanacyjna? Bajki opowiadane przez ojca zawsze zakończyły się happy Endem - „I żyli długo i szczęśliwie”. Pod skrzydłami rodziców czułem się bezpiecznie. Żyłem i dorastałem pod kloszem. Bieda nie była zapraszana do naszego ogniska domowego. Ojciec i matka pracowali, babka zajmowała się wnukiem, w wnuk nie śmierdząc groszem nie cierpiał głodu i biedy.

Miłosierdzie i hojność są oznaką dobroci. Widocznie byłem sknerą i złym człowiekiem, bo nic nie pozostało we mnie wrażliwości z małego dziecka. W okresie kształtowania się mojej osobowości przeszedłem transformację. Za sprawą telewizji oraz gazet kupowanych przez ojca, braki niektórych artykułów spożywczych i przemysłowych, postrzegałem jako chwilowe, przejściowe trudności. Spotykane nieliczne wyjątki żebractwa, traktowałem (jak w przypadku Jagusi) jako specyficzny rodzaj wyboru życiowej drogi. Czasy komunistycznych władców, w których przyszło mi żyć, sprzyjały mojej myślowej postawie. W końcu żyłem w socjalizmie, a w tym ustroju nie mogło być biedy. Poznikał nawet ich symbol – kozy. Wszyscy którzy chcieli pracować, mieli taki wybór. Ba! Mogli podjąć dowolną pracę. Liczyła się, nie matura lecz chęć szczera! Podobnie jak Okrutny Pan z II części Dziadów Adama Mickiewicza, byłem obojętny na wyciągniętą żebrzącą rękę. Na nic się zdały nauki płynące z czytanych przez matkę i babkę lektur. Byłem nieczuły na biedę i los dotkniętych nią ludzi. Mój stosunek do żebraków zapewne posłuży Panu przy Sądzie Ostatecznym. Gdybym się w porę nie zmienił, to zgodnie z ludową moralnością cierpiałbym wieczne katusze.

Swoje podejście do biedy zmieniłem wraz z odnalezieniem kilku dokumentów. Sprawiły one, że dziś inaczej postrzegam wyciągniętą pod kościołem rękę. Jednym ze wspomnianych dokumentów jest akt zgonu mojej 3xprababki, a w nim krótka wzmianka o trudnieniu się przez nią żebractwem. Oczywiście mógłbym dziewiętnastowieczny zapis w akcie zgonu nieboszczki traktować jako formę ascezy. Jej heroicznej postawy i poświęcenia się dla swych dzieci. Opuszczenie przez nią domu i zajecie się żebractwem, by na starość nie być ciężarem dla swych bliskich. Mógłbym swoje sumienie uspokoić mówiąc, że ówczesne żebractwo było zawodem, formą pracy na którą trzeba było mieć pozwolenie od władz miejscowych i kościelnych. Idąc dalej tym tropem mógłbym wmawiać sobie( i innym), że moja praprababka w ten sposób zbierała datki na kościelne potrzeby. Choćby te małe, codzienne – na światło, na wino, na kwiaty, na szaty,... Przecież w tych samych księgach nazwy „dziad kościelny” i „dziad szpitalny” nie określały dosłownie dziada. Dalej mógłbym się rozpisywać, że wystawiając przed kościołem, moja krewna dbała o porządek i przeganiała nieuczciwą konkurencję zgarniającą wyżebrany grosz do swojej kieszeni. Mógłbym okłamywać samego siebie i wmawiać sobie, że przy dobrym układzie w ruchliwym miejscu jakim jest przykościelny plac, w kilka minut mogła zarobić niezłą sumkę. Mógłbym, lecz nie znając faktów, trzymam się pisanego słowa.

Bieda nie jest tematem do chwalenia się. Niejednego genealoga na starcie zrazi do poszukiwań. Starego wygę też potrafi nieźle zdołować. Czy powinno się o niej mówić? Myślę, że tak. Ale tylko w kontekście historycznym. W końcu to nie my cierpieliśmy biedę. To naszych pradziadów Pan Bóg doświadczył dopustami bożymi po stokroć większymi niż plagi egipskie. Tych w końcu było tylko dziesięć, a i tak dla narodu wybranego kończyły się szybko. Na naszych przodków w przeciągu dwóch stuleci spadły jak grom z jasnego nieba; powstania, zsyłki, Rzeź Galicyjska, Wielki Głód, dwie wojny światowe z obozami koncentracyjnymi, z holokaustem i innymi licznymi „atrakcjami” zgotowanymi przez okupantów. Dzięki temu, że nasi przodkowie przez szereg pokoleń starali się żyć z biedą i cieszyli się każdym dniem, bieda doczekała się animizacji. Obcując z biedą, przyzwyczaili się do niej i ożywili ją nadając biedzie cechy istot żywych. Dlatego mówi się, że bieda; przychodzi, dokucza, doskwiera, uprzykrza się, piszczy, czuć biedę, bieda biedę goni i bieda biedę rodzi. Ja przed ołtarzem przysięgałem żonie, że będę trwał przy niej w chorobie i w biedzie. Dotrzymuję słowa. W przyrzeczeniach moja połowica poszła jeszcze dalej, bo przed ślubem podczas snucia wspólnych planów na przyszłość, zapewniła mnie, że jeśli nasza bieda dupsko będzie miała, to jej tak nakopie, żeby jej sczerniała. Dzięki Bogu bieda nas omija. Widocznie nie tylko ja boję się mojej żony, ale „Po co do tego wracać. To już przeszłość!”.
Jerzy Wnukbauma


Autor Komentarze
Komentarze
SympatykSympatyk



____________
Od: Lip 02, 2006 Posty: 3538
Napisano:Mar 23, 2016 - 20:22
Skomentuj ten artykuł w tym wątku
_EZFORUMCOMMENTS_USERINFO p
Warakomski
SympatykSympatyk



____________
Od: Lut 29, 2012 Posty: 929
Napisano:Mar 24, 2016 - 22:06
Myślisz, że my parający się od święta i na co dzień genealogią, mamy więcej zrozumienia dla innych, więcej w nas empatii, bo jakieś obrazy z różnej przecież przeszłości naszych rodzin, gdzieś tam w nas zakorzeniają się i tkwią ? Być może. Miałem takie „przepięcie”, kiedy zobaczyłem zdjęcia imigrantów w Grecji, na granicy z Macedonią, czy wcześniej na granicy z Węgrami. Wyspa klucz - Ellis Island – ziemia obiecana i ustawy imigracyjne z zakazem wstępu: "idiotów, chorych umysłowo, nędzarzy, poligamistów, osoby, które mogą się stać ciężarem publicznym, cierpią na odrażające lub niebezpieczne choroby zakaźne, były skazane za zbrodnie lub inne haniebne przestępstwa, dopuściły się wykroczeń przeciw moralności, oraz tych, którzy nie mieli pieniędzy na podróż w głąb kraju”, o reszcie „przyjemności nie wspominając.
Ale żeby nie było aż tak straszno i smutno, fragment listu z praktycznymi radami emigranta do żony - A. Mazurek „Kraj a emigracja”
„„...Kochana żono, pamiętaj o dzieciach, nie daj im latać jak będziecie na okręcie samem bez opieki twej. Bywają zdarzenia, że jak okręt się bója, to niejeden się przewróci i głowę rozbije i po schodach uważnie choćcie na pokłat bo niejeden po schodach zjedzie na dupie i co sobie złamie. I pamiętaj żono właś na górne łuszka, na dolne nie właś bo jak zaczno rzygać z górnych łuzek to prosto tym co na dolnych łuszkach leżą to na łeb rzygają, co za przyjemność. I pisze ci moja żono kóp sobie taki nocnik blaszany, bo byłoby za trudno w każdy raz iść do wychotka...”
Krzysztof
_EZFORUMCOMMENTS_USERINFO p
helenka
SympatykSympatyk



____________
Od: Sie 13, 2007 Posty: 75
skąd:Wrocław
Napisano:Mar 25, 2016 - 00:27
Nie wiem dlaczego ,większość początkujących genealogów , chce odszukiwać swoich korzeni ,ale świetlanych . szlacheckich Wszyscy mają herby , jeśli biedni to przegrali majątek w karty, lub zlicytował zaborca po powstaniu...Doprowadzałam do szału rodzinę gdy krok po kroku obalałam mity.Jeden taki obalony mit o herbie rodziny padł gdy znalazłam metrykę dziada w Tarnopolu, gdzie stało ,że był to sutor czyli szewc..Siostra skomentowała to ;wytwórca, miał swoją firmę ..ona tak to widziała , ja zaś zydelek na którym siedział i pracowicie wbijał drewniane kołeczki w podeszwę.Nosił szlacheckie nazwisko bez herbu , ale do późnej starości reperował buty swoim wnukom.Kochany był bez herbu.
Jak stąd wniosek : nie mamy wpływu jakich dostaliśmy w spadku przodków, ale mamy wpływ jakimi będziemy dla naszych potomków.A więc starajmy się!!!Pozdrawiam wszystkich serdecznie Helenka z Wrocławia..
_EZFORUMCOMMENTS_USERINFO p
jurek.solecki
SympatykSympatyk



____________
Od: Lip 19, 2009 Posty: 605
skąd: Orneta woj.Warmińsko-Mazurskie
Napisano:Mar 25, 2016 - 01:44
Co do podróży to dał bardzo życiowe rady.

Jurek Solecki
_EZFORUMCOMMENTS_USERINFO p


Kliknij aby przejść do komentarzy na forum

donate.jpg
Serwis Polskiego Towarzystwa Genealogicznego zawiera forum genealogiczne i bazy danych przydatne dla genealogów © 2006-2020 Polskie Towarzystwo Genealogiczne
kontakt:
Strona wygenerowana w czasie 1.122161 sekund(y)