|
|
|
|
| Stare przysłowie pszczół. |
| Dodano: sobota, 12 maja 2012 - 18:40 Autor: JerzyGrzegorz |
Po wyjątkowo długim i ciepłym majowym weekendzie, niektórzy z bardziej spostrzegawczych zapewne zaobserwowali na łąkach i w sadach brak pracowicie uwijających się pszczół. Od jakiegoś czasu z roku na rok jest ich coraz mniej. Pszczelarze i naukowcy biją na alarm.
Bez pszczół, świat czeka zagłada.
Nie nagły Armagedon, ale stopniowe wyginięcie żywej przyrody. Wymieranie, bo kto jak nie te pracowite owady zapyla większość kwiatów powodując, że pojawiają się owoce a wraz z nimi nasiona gwarantujące przetrwanie i ciągłość odwiecznego, życiodajnego cyklu. Z wymarciem roślin wyginą roślinożercy i przerwie się łańcuch pokarmowy. Na placu boju pozostaną tylko mięso i padlinożercy. W końcu i ich unicestwi głód. Weekend się skończył wypoczęci powróciliśmy do swych domów. Otworzymy swe komputery, wejdziemy na genealodzy.pl i wraz z dzwonkiem będziemy uczyć się różnych rzeczy, a niektórzy pracować jak pszczółki. Od kilku lat należę do grona osób pracujących jak pszczółki.
W wolnych chwilach indeksuję. Nie robię tego dla siebie. Parafie które dotychczas indeksowałem, a co za tym idzie akty z ich ksiąg, nie są w kręgu mojego zainteresowania. Moje warszawskie parafie indeksują inni. Ja latam z kwiatka na kwiatek po świętokrzyskich łąkach. Zbieram na nich nektar i zanoszę go do ula. Robię to od kilku lat i zawsze przylatuję do swojej pasieki.
Drogę znam na pamięć. Rytuał w ulu też od lat jest taki sam. Tu odbierają go inni, mieszczą w plastry, przetwarzają i gotowy do spożycia miód wystawiają na półki. Zajmując się zbieraniem nektaru, nie dbam o to do jakiego miodu się przyczyniam. W końcu jest go tak duży wybór, ile jest gatunków miododajnych roślin. Zdarza się, że mszycą podbiorę spadź i pozostawię ją sobie. Nie obchodzi mnie też kto spożywa mój miodek.
Robię swoje i tyle. Czasami z ciekawości zajrzę głębiej do ula. Na ogół panuje w nim ład i porządek. Każdy zna swoje miejsce. Nawet trutnie.
Zdarza się jednak, że w moim ulu zaszumi jak w przysłowiowym ulu. Ktoś nawtyka komuś za byle co. Za źle sformułowane słowo lub jego brak. Dostaje się nawet królowej. Zarzuca się jej przejaw arogancji, złe kierowanie ulem, niedostateczną politykę informacyjną pszczół, płytkie powierzchowne pływanie w słodkiej, płynnej mazi zamiast rzetelnej i merytorycznej dyskusji... Niektóre konsumpcyjnie nastawione trutnie domagają się więcej miodu dla siebie. Zgłaszają swoją pomoc w miodobraniu pod warunkiem, że miodek będzie zbierany na łąkach w ich rodzinnej parafii.
Gdy w moim ulu wrze, po zajrzeniu do niego nie mam najmniejszej ochoty na jakąkolwiek pracę dla tej społeczności. W myślach mam tylko jedno. Uciekać stąd jak najdalej i poleniuchować na kwiecistej łące. Jak Gucio ze znanej wieczorynki. Poleżeć i poza bzykaniem nie robić nic.
Skończył się długi majowy weekend. Poleżałem, poleniuchowałem, porozmyślałem i jutro wracam do zakodowanej w mych genach pracy. Przemyślałem to i owo. Jak stare przysłowie pszczół mówi - takie jest zbójeckie prawo! Włodek Sroczyński na Forum odpisał interlokutorowi – „Jest akacja, jest i reakcja!” Owszem ale tak prosto jest tylko w fizyce. W społeczeństwie pszczół gdy jest akcja następuje; reakcja, kontrakcja, kontrreakcja, superreakcja, interakcja, subreakcja... Trwa przeciąganie liny na swoją stronę i swoista licytacja jak w studenckim brydżu. Po to tylko by była czyjaś satysfakcja. Ale czy z tego można czerpać zadowolenie? Widocznie niektóre trutnie ulegają zaczadzeniu podczas miodobrania i zadymiania pasieki i one pokazują swoje żądła.
Jerzy Wnukbauma
|
|
|
|
|